18 wrz 2016

Ticket To ...

Witam się!

Ostatnio wena napadła mnie znienacka i narodziło się to coś ...
Obecnie jest to tekst kompletny, z pojedynczym rozdziałem, ukazujący jeden szczególny dzień z życia osoby, która nie doczekała się w opowiadaniu "Ticket To Ride" satysfakcjonującego zakończenia swojego wątku. A przynajmniej takie zgłaszaliście uwagi i ja się do nich jak najbardziej przychylam. Ta osoba się zmieniła, tak samo jak zmieniłam się ja i Wy przez te kilka lat. Jest w tym tekście dużo melancholii i powagi i zaledwie delikatne nakreślenie dobrze wam znanych bohaterów, gdyż nie chciałam wprowadzić dysonansu w ich kreacje przedstawione w serii "Ticket ..." 

Jeśli mielibyście ochotę poczytać coś jeszcze w tym uniwersum dajcie znać. 

Tekst nie jest betowany. 

_________________________________________________________________________




Po dwóch godzinach gniecenia tyłka w przedziale śmierdzącym starym, zmechaconym obiciem siedzeń i stuletnią wykładziną, z westchnieniem ulgi wciągnąłem w płuca naelektryzowane powietrze peronu. Po chwili zaciągnąłem się dymem z zapalonego pośpiesznie papierosa i ruszyłem szybkim krokiem w stronę głównego wyjścia z dworca centralnego, mijając po drodze dziesiątki podróżujących z pleckami i torbami turystycznymi. Zatrzymałem się przed rozkładem jazdy, aby w staroświeckim stylu potwierdzić godzinę i numer peronu, z którego odjechać miał interesujący mnie pociąg powrotny. Gdy już odnalazłem właściwą informację moją uwagę skupił siedzący pod kamienną ścianą chłopak, a obok jego szeroko rozciągniętych na posadzce nóg stał brudny, plastikowy kubeczek z niewielką ilością drobnych. Chłopak pogrążony był w niezdrowym, najprawdopodobniej narkotycznym letargu, a jego odchylona do tyłu głowa umożliwiała dostrzeżenie intensywnych cieni pod oczami, chorobliwie bladej cery i ściskającej żołądek młodości. Nie było to oczywiście dziecko, bo losem zaćpanego dziecka na dworcu może i ktoś by się przejął. Niemniej byłem pewien, że chłopak nie przekroczył jeszcze dwudziestki. Jego ciało nie zdążyło przeistoczyć się w przedwcześnie postarzały wrak. Zmusiłem się do odwrócenia wzroku, świadom iż w tym mieście i tak nie byłbym w stanie pomóc komuś takiemu. Byłem tutaj tylko przejazdem. Chwilowym, sentymentalnym gościem.

Opuściłem dworzec i zatrzymałem się pod popularną kafejką, aby pozbyć się z przełyku resztek posmaku pociągowej lury przy pomocy dużej ilości kawy z ekspresu. Kupiłem kilka smakowicie wyglądających drożdżówek i cztery krwistoczerwone róże od sympatycznej starszej pani, która obdarzyła mnie porozumiewawczym spojrzeniem i szerokim uśmiechem. Założyła z pewnością, że przyjechałem z drugiego końca kraju wiedziony pogonią za soczystym romansem, więc nie wytrącając jej z błędu, z przymrużeniem oka przyjąłem życzenia „powodzenia i pomyślności”. Ani jedno ani drugie nie było mi potrzebne. 

Przespacerowałem się wolnym krokiem na najbliższy przystanek tramwajowy i na gapę przejechałem kilka przystanków, przyglądając się przez zabrudzoną szybę doskonale znanym ulicom i zabudowaniom. Dostrzegłem kilka zmian sklepowych szyldów i dekoracji, ale w ogólnym rozrachunku miasto, które opuściłem dwa lata temu niewiele się zmieniło. Wysiadłem przy parku i szybkim krokiem pokonałem dystans dzielący mnie od wojewódzkiego szpitala, który powitał mnie wyblakłą, przygnębiającą, szarą fasadą. Wszedłem do środka kręcąc nosem na charakterystyczny zapach detergentów i środków bakteriobójczych, po czym zlokalizowałem na tablicy informacyjnej interesujący mnie oddział. Dojechałem na miejsce przepełnioną windą i od razu natknąłem się na smród rozwożonego korytarzem obiadu dla pacjentek. Szpitalne żarcie napawało mnie wstrętem, mimo iż nie miałem wątpliwej przyjemności jego spróbowania. Wszystko przede mną. Młodość nie wieczność.

Wydobyłem z kieszeni komórkę, aby odnaleźć smsa z dokładnym numerem sali, do której zmierzałem ale gdy dotarłem do celu napotkałem masywne, zamknięte drzwi. Zapukałem w nie nieśmiało, z nadzieją że nie zakłócę żadnej kobiecie chwili intymności.
- Wejść!
Głos, który dobiegł zza drzwi był mi doskonale znany, więc uśmiechając się szeroko zdecydowanie nacisnąłem klamkę.
- No nareszcie! – Heńka wrzasnęła wręcz, spoglądając na mnie z rozpromienionym obliczem, aczkolwiek na jej twarzy dostrzec można było ślady wielkiego zmęczenia, jakie wywołać musiało zmierzenie się z trudem i bólem porodu. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się tylko jedno łóżko, łóżeczko ze śpiącym bobasem i dwa zajęte krzesła, których okupanci skupili na mnie sto procent uwagi.
Marcin uśmiechał się dumnie i kiwnął głową na powitanie, gestem dłoni zachęcając mnie do opuszczenia granicy futryny i pełnoprawnego wkroczenia do vipowskiej sali swojej żony. Adam nie był oczywiście aż tak subtelny. Dobrze ubrany, nienagannie uczesany i przystojny jak diabli zerwał się z miejsca i nim zdążyłem zaasekurować się rękami, zmusił mnie do gorliwego, ciasnego uścisku, który automatycznie zabarwił moją twarz niemęskim pąsem.
- Młody … aleś ty … - stwierdził po chwili odsuwając się ode mnie na skromne kilka centymetrów i ze zdziwieniem spoglądając w górę. - … wyrósł. Dlaczego ja rosłem tylko do osiemnastki?
- Pewnie dlatego, że kumulowałeś energię gdzie indziej – odparłem złośliwie nim zdążyłem ugryźć się w język i przed pojedynkiem spojrzeń z Taraszewskim ocalił mnie jedynie charakterystyczny pisk Heńki.
- Oooooooołłłłłłłłłłaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Robi się ciekawie!
- Cicho! – Palach uciszył żonę z poirytowaną miną, spoglądając z obawą na smacznie śpiące niemowlę.
- Żartujesz? Wyciskał się przez moje krocze dziesięć godzin. Jest padnięty.
- Bez szczegółów proszę – Adam zażądał z niesmakiem, odsuwając się jednak ode mnie i powracając na swoje miejsce, mimo że jego spojrzenie wciąż skupiało się na moim obliczu. Otrząsając się z pierwszego piorunującego wrażenia, zmusiłem się aby skupić uwagę na młodej matce i jej świeżo powitej pociesze.
Podszedłem do łóżeczka i przyjrzałem się drobinie, której rysy twarzy bardziej zbliżone były do ciastka z rodzynkami niż istoty ludzkiej, aczkolwiek nie odważyłem się podzielić tym spostrzeżeniem ze szczęśliwymi rodzicami.
- Przystojniacha – stwierdziłem w końcu, przysiadając na skraju łóżka Heńki i jednocześnie wręczając jej przyniesione z sobą dary.
- Kupiłeś mi kwiaty? I drożdżówki? Nie wiem czy jestem w stanie przyzwyczaić się do przyjaznych gestów z twojej strony – Heńka odparła z uśmiechem, zmuszając mnie do zażenowanego spuszczenia głowy.
- Daj spokój. To było lata temu.
- Nasza poczwarka już wydoroślała i dla każdego ma dobre słowo i szeroki uśmiech w zanadrzu – Adam stwierdził przyglądając mi się badawczo, więc dla poratowania dumy wytrzymałem jego spojrzenie. Cholernie seksowne spojrzenie, którego żadne zdjęcie na fejsie czy przesłany okazjonalnie mms nie było wstanie oddać.
Na żywo Adam Taraszewski jak zwykle robił wrażenie i zdecydowanie łatwiej było z nim egzystować w koleżeńskiej przestrzeni na odległość, ograniczając się do fal telekomunikacyjnych oraz wifi.
- O matko jedyna – Heńka poczerwieniała i przykryła dłonią usta. – Mam wrażenie, że zaraz zaczniecie bzykać się spojrzeniami.
- Będę rzygał – Palach jęknął, posyłając żonie spojrzenie pełne dezaprobaty i nieco bardziej mordercze w naszym kierunku. Adam uśmiechał się perfidnie, czując się przy akompaniamencie tego typu żartów jak ryba w wodzie. Ja nieznacznie się speszyłem, ale wywróciłem oczami nie dając Taraszewskiemu powodu do satysfakcji.
- Zamiast snuć niedorzeczne domysły, opowiedz lepiej jak minął poród – zasugerowałem, za co Adam spiorunował mnie wzrokiem, a Palach mu w tym zawtórował.
- Nie chodzi mi o krwisto-śluzowate szczegóły – pospieszyłem z wyjaśnieniem. – Ogólniki proszę.
- Porównałabym to do drogi krzyżowej – Heńka odparła po chwili namysłu, a Marcin podwinął rękawy bluzy ukazując mi kwitnące na przedramionach siniaki. – Bolało okropnie. Czułam się jak zatkany toi toi, który lada moment eksploduje pod wpływem torsji i wstrząsów …
- … na miłość boską Heńka, zamilcz! – Adam warknął pobladły z obrzydzenia, więc pani Palachowa lekko chichocząc przychyliła się do jego prośby i całą energię skupiła na pożeraniu smakowicie pachnącej drożdżówki z firmowej, papierowej torby.
- Nie powinnaś być na diecie przy karmieniu piersią? – Marcin zapytał nieśmiało, ale zasztyletowany spojrzeniem żony zadecydował nie kontynuować pytania.
- Nie jestem królikiem. Nie będę żarła marchewki i sałaty. Poza tym myślę, że Adamcio doceni słodki smak mleczka – Heńska stwierdziła z przekonaniem spoglądając z czułością na śpiącego bobasa i z jeszcze większą czułością na konsumowany smakołyk. Było mi bardzo miło, że sprawiłem jej aż taką przyjemność.
Adam w dalszym ciągu był jednak pobladły, co niezmiernie uwydatniało kruczoczarny kolor jego włosów.
- Czy on naprawdę musi nazywać się Adam? -  Taraszewski zapytał w końcu, poszukując wsparcia w zrezygnowanym obliczu Palacha.
- Adam Krzysztof. To było postanowione już w chwili poczęcia – Heńka stwierdziła nie znającym sprzeciwu tonem. Pomyślałem sobie niegrzecznie, że z genami Pacuły i Palacha Adam Krzysztof nie miał zbyt dużej szansy osiągnięcia aparycji i inteligencji swoich imienników. Szybko jednak zganiłem się za te słowa i z niesmakiem uznałem, że niespełna cztery lata temu wypowiedziałbym je zapewne na głos, bez obaw o czyjeś zranione uczucia.
A porpos Krzysztofa … - Heńka zapytała nieśmiało, spoglądając na Taraszewskiego badawczo. – Zostanę zaszczycona odwiedzinami?
- Na pewno nie w biały dzień – Adam odpowiedział z uśmiechem i w jego niebieskich oczach dostrzegłem iskrę prawdziwej afektacji, którą bez wątpienia żywił względem Krzyśka Sodzińskiego. – Myślę, że Sodziak zjawi się u ciebie pod osłoną nocy, gdy ty i bobas będziecie smacznie spali i nikt nie będzie mógł zaświadczyć jego sentymentalności i czułości względem niemowlaków i ich irytujących matek.
Heńka wyszczerzyła się szeroko i przytaknęła głową, jakby nakreślona słowami Adama wizja była całkiem prawdopodobna. Parsknąłem cicho i wywróciłem oczami będąc przekonanym, że Sodziak nigdy z własnej woli nie zapragnie oglądać potomka Henryki Pacuły i jej nienazbyt lotnego męża. Ponadto z wielkim zacięciem będzie odganiał się od rozochoconej matki swojego imiennika na chrzcinach i innych imprezach, których wspólnym mianownikiem będzie Adam Taraszewski.
Chwilowe milczenie i kontemplację na temat prawdziwych i wybujałych motywów pana Sodzińskiego przerwał nam sms, który zawibrował w komórce Heńki oraz jej skwaszona mina.
- Kriss napisała, że będą za piętnaście minut – poinformowała z rezygnacją, obserwując skurcz niechęci wprowadzający dysonans w harmonijne rysy twarzy Adama. – Nie musisz wychodzić …
- … muszę, wierz mi – Taraszewski stwierdził z przekonaniem, energicznie podnosząc się z miejsca. – Nie chcę go oglądać. Tak samo jak on nie chce oglądać mnie w pobliżu swojego przyszywanego wnuka. Zapewne myśli, że pedalstwo niczym bakteria przenosi się w powietrznej próżni drogą kropelkową i mogłoby skazić maleńkiego, przyszłego chrześcijanina.
- Nie znoszę tej sytuacji – Heńka jęknęła zasmucona i przez chwilę czułem się w pomieszczeniu niczym piąte koło u wozu. Skoro Adam nie zamierzał przebywać w jednej sali ze swoim biologicznym ojcem, ja tym bardziej tego nie chciałem.
Przejechałem kawał drogi i planowałem w towarzystwie nowo upieczonej matki oraz lokalnych przyjaciół spędzić nieco więcej czasu. Miałem go naprawdę sporo do odjazdu powrotnego pociągu.
- Idziesz ze mną? – Adam zwrócił się do mnie, dostrzegając najwyraźniej bijatykę myśli na mojej twarzy. Przytaknąłem, ruszając w stronę Heńki i składając kłopotliwe cmoknięcie na jej bladym czole. Uścisnąłem dłoń Palacha i powiodłem opuszkiem palca wskazującego po gładkiej, delikatnej skórze dziecięcego policzka.
- Młody ruchy. Czuję już w powietrzu zapach lawendy i kropidła – Taraszewski zażartował, więc nie kazałem mu dłużej czekać i szybko dorównałem mu krokiem na szpitalnym korytarzu.
- Jadłeś coś? – zapytał gdy znaleźliśmy się w windzie, a pod wpływem mojego przeczącego skinienia skierował nasze kroki do wyjścia i zaprowadził mnie na zapełniony po brzegi szpitalny parking.
Nie zdziwiłem się specjalnie gdy stanęliśmy przed zadbanym, srebrnym modelem opla ze stosunkowo nowej linii, do którego wnętrza Adam zaprosił mnie z uśmiechem.
- Jasne strony stałych związków – stwierdził, gdy rozsiadłem się w przestronnym wnętrzu niczym na kanapie, szeroko rozstawiając nogi.
- Raczej jasne strony sponsoringu.
- Nie fair.
Adam skrzywił się udając oburzenie. Doskonale znałem tą jego pozę, mając milion okazji oglądania jej za czasów wspólnego pomieszkiwania u jego matki. Taraszewskiego ciężko było naprawdę zranić, gdyż w pełni akceptując siebie posiadał ultra wytrzymałą tarczę przeciwko hejtowi ze strony osób trzecich. Kiedyś satysfakcjonowało mnie prowokowanie pęknięć na tej nieskazitelnej osłonie, ale z perspektywy czasu nie byłem z tego dumny, ze swojej głupiej, niedojrzałej zaciętości.
- Uznam to jednak za komplement – Adam kontynuował odpowiedź na mój niewinny przycinek. – Każda piękność chciałaby mieć takiego boskiego sponsora jak Sodziak, a to właśnie mi się poszczęściło.
- Każda potwora znajdzie swojego amatora.
- Tak jak każda poczwarka przeobrazi się w motyla – Adam odpowiedział po chwili, spoglądając na mnie bardzo badawczo i bardzo bezpośrednio, aczkolwiek powstrzymałem się przed próbą uniknięcia jego onieśmielającego spojrzenia. Byłem dorosłym facetem i już nie tak łatwo było wtrącić mnie w nastrój kłopotliwej niepewności. Poza tym, miałem lustro w domu i wiedziałem, że z obiektywnego punktu widzenia jestem przystojnym kolesiem. Piastowałem ostatecznie jedno z czołowych miejsc na liście podbojów Adama Taraszewskiego.
- Jakiś ty poetycki. To przychodzi z wiekiem? – zapytałem, aby poluzować nieco napiętą atmosferę.
- Stawiam, że jest to skutek przebywania w otoczeniu antyków i dużej ilości klasycznej literatury. Snobizm Krzyśka nakazał mu zainwestowanie w imponującą bibliotekę, a co drugi jego znajomy rzuca cytatami z rękawa.
- Biedny ty. Było zostać wśród krasnali.
- Cóż mogę rzec, serce nie sługa – Adam odpowiedział z uśmiechem i gdy spojrzał mi w oczy, ponownie dojrzałem w nich iskrę afektacji powodowaną wspomnieniem Krzyśka Sodzińskiego. Taraszewski bez wątpienia był myśliwym usidlonym i uświadamiając sobie ten fakt od razu poczułem się w jego towarzystwie swobodniej.
- Gdzie jedziemy?
- Na obiad. Mamy z Sodziakiem wypróbowaną knajpę.
- Byle niezbyt drogą – zmarszczyłem brwi doskonale świadom luksusowych zapędów wiozącego mnie kierowcy i jego partnera. W szczególności jego partnera.
- Spoko. Ja stawiam. Wiem, że ze skromnej, roboczej pensyjki nie stać cię na spożywanie kawioru i przegrzebków.
- Akurat tego nie spożyłbym nawet za darmo – odpowiedziałem z obrzydzeniem, puszczając mimo uszu przytyk o „roboczej pensyjce”. Nie było dla nikogo tajemnicą, że pracowałem w warsztacie samochodowym i serwisie komputerowym, olewając póki co myśl o wybraniu się na jakiekolwiek studia. Sodziak urządził mi nawet na ten temat pogadankę na skypie żądając wręcz, abym zapisał się na wieczorową mechanikę albo budowę maszyn, skoro cytuję „czas w ciągu dnia zamierzałem poświęcać na przyziemne babranie się w smarze i marnowanie potencjału swoich wybitnych neuronów”. Zaproponował mi nawet opłacenie kilku semestrów ale stanowczo odmówiłem. Jeden utrzymanek z pewnością wystarczył niedoszłemu spadkobiercy złomowego imperium.

Restauracja pod którą zajechaliśmy była urządzona w modernistycznym stylu z odrobiną nienachalnej elegancji. Główne pomieszczenie było jasne i przestronne. Urocza, nienagannie ubrana kelnerka zaprowadziła nas do odosobnionego stolika, sąsiadującego z witryną widokową na odkryty taras.

Otrzymaliśmy karty dań i przez dłuższą chwilę studiowaliśmy je w milczeniu.
- Zamów za mnie – stwierdziłem w końcu, odkładając na blat oprawione w skórę menu.
- Leniwy jak zawsze – Adam odpowiedział z rozbawieniem. – Kwintesencja wielkiego potencjału tłamszonego ciężarem własnej opieszałości.
- Jeszcze kilka lat z Sodziakiem i zaczniesz publikować tomiki literackie.
- Prędzej erotyki.
- Dla ubogich, wyposzczonych gejów.
- Mój bagaż przeżyć starczyłby na kilka tomów epickiej powieści.
Parsknąłem z wdzięcznością akceptując podane przez kelnerkę przystawki.
- O której wracasz? Mógłbyś zostać na dłużej … - Adam zapytał po kilku minutach przeżuwania chrupkiego pieczywa z pieczonym serem.
- Nie mogę. Muszę wracać do pracy – odpowiedziałem, zatajając fakt, iż szef wysłał mnie na kilkudniowy, zaległy urlop. Nie wiedziałem jak potoczą się te całe odwiedziny na starych śmieciach i nie chciałem koczować na kanapach u starych znajomych.
- Więc o której masz pociąg?
- O 23.30.
- No to starczy nam czasu na uczczenie sukcesu rozrodczego Palacha i Heńki-Już-Nie-Pacuły.
- Masz na myśli rozgrywkę szachową przy koniaku w gabinecie Krzyśka?
- Broń cię Boże – Adam jęknął z oburzeniem. – Mam na myśli schlanie się w jakimś modnym klubie nocnym.
- Nie chadzam do modnych klubów – odparłem z powagą i po raz kolejny Taraszewski obdarzył mnie badawczym, bezpośrednim spojrzeniem. Powiódł wzrokiem od czubka moich zmierzwionych, niedbale zaczesanych włosów do linii szczęki porośniętej kilkudniowym zarostem. Przyjrzał się mojej szarej, spranej bluzie i szorstkim dłoniom, które zaciskałem w pięści pod ciężarem jego inspekcji.
- Racja. Bardziej nadawałbyś się do wnętrza zakopconego pubu.
- Strzał w dziesiątkę.
- Strasznie zmężniałeś – Adam stwierdził po chwili i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta rewelacja daje mi w pewnym sensie nad nim przewagę, mimo że jej znaczenie było zupełnie abstrakcyjne z punktu widzenia naszych obecnych relacji. Uśmiechnąłem się perfidnie.
- Za to ty nie zmieniłeś się wcale.
- Wizualnie nie bardzo – odpowiedział z namysłem, po czym spojrzał na mnie znacząco. – Ale mentalnie o dwieście procent.
- Próbujesz zapewnić mnie, że jako oddany partner Sodziaka nie odważyłbyś się … w obecnej sytuacji … próbować dobrać mi się do spodni?
- Żeby się na coś odważyć trzeba tego chcieć.
- A ty tego nie chcesz – stwierdziłem nachylając się nad stołem i z nie małą satysfakcją prowokując go spojrzeniem, co nieznacznie pobudziło moją uwięzioną w dżinsach męskość.
Adam odwrócił wzrok, gdy zbliżająca się z naszymi zamówieniami kelnerka rozproszyła niebezpiecznie gęstniejącą atmosferę.
- Podać coś jeszcze? – zapytała słodko, więc Taraszewski z szerokim uśmiechem podziękował jej i odprawił z kilkoma miłymi słowami.
- Mogę się już rozluźnić? – zagadnął po chwili, a w jego głosie pobrzmiewała subtelna nuta rozbawienia. – Wiem, że z miłą chęcią odgrywałbyś się na mnie za czasy prześladowań w chatce dla pospołu, ale myślę, że najwyższa pora zrobić krok na przód i pozostawić w tyle pełną niedomówień atmosferę gejowskiej sauny.
Wybuchnąłem śmiechem, wdzięczny że Adam zdobył się na kapitulację i postanowił położyć kres naszym słownym potyczkom.
- Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – zapytał dociekliwie i po chwili namysłu przytaknąłem. – Więc mamy status quo.

Resztę posiłku przetrwaliśmy w rozluźnionej atmosferze niezobowiązującej rozmowy z kilkoma żartobliwymi utarczkami, aczkolwiek nie wkraczając już na grząski grunt niebezpiecznego flirtu. Adam opowiedział mi o swojej posadzie menadżerskiej w firmie z sektora IT, ubarwiając opowieść masą przekoloryzowanych anegdot na temat swoich podwładnych i współpracowników, prowokując mnie do nazbyt częstego wywracania oczami. Próbował wyciągać ze mnie szczegóły na temat mojej egzystencji ale tak naprawdę nie było o czym mówić. Dzieliłem czas pomiędzy warsztat, serwis oraz wynajmowaną kawalerkę i nie starczało mi go zbytnio na urozmaiconą, dodatkową aktywność. Dużo czytałem, czasem coś obejrzałem. Charytatywnie wspierałem miejscowy ośrodek pomocy trudnej młodzieży i zapobiegania bezdomności. Tyle.

Posiedzieliśmy w restauracji do siedemnastej, po czym Adam zasugerował wstąpienie do niego, oporządzenie się i wypad do klubu.

Zgodziłem się z ciekawości, aby zobaczyć dom który wybudowali z Sodziakiem na przedmieściach, który okazał się modernistycznym kawałem gustownego przepychu, a więc naturalnym otoczeniem Krzyśka Sodzińskiego i jego rozpieszczonej królewny.

Obecność pana domu wieściło zaparkowane w garażu, czarne BMW, aczkolwiek on sam objawił się w salonie dopiero gdy rozsiadłem się i relaksowałem w butelką piwa w dłoni. Adam pognał na piętro odświeżyć się przed planowanym wypadem, nieco oburzony faktem, iż odmówiłem bycia oprowadzonym po dostojnym przybytku jego domostwa.
- Widzę, że gust ci się nie poprawił – Krzysiek zagadnął mnie w swoim standardowym zestawie eleganckich spodni i jakiejś absurdalnie drogiej koszuli, aczkolwiek przytyk nie sięgnął jego rozbawionych, jasnoniebieskich oczu.
Wstałem z kanapy i uścisnąłem mocno jego chłodną rękę.
- Kopę lat – odparłem szczerząc się, gdy Sodziak z niesmakiem przetaksował moją bluzę i przetarte dżinsy.
- Cóż, przynajmniej nie jesteś uwalony smarem.
- Nie byłbyś tak krytyczny gdyby zepsuł ci się ten zaparkowany w garażu wózek.
- Z nowymi samochodami nie ma tego problemu.
- Nowe też się psują.
- Wtedy je wymieniam.
Zabrakło mi argumentów, więc powróciłem do płaszczenia tyłka na kanapie.
- Mamy wrzesień. Od października startuje semestr. Najwyższa pora na złożenie aplikacji studenckiej.
- Może w przyszłym roku … albo nigdy – odparłem złośliwie, poirytowany monotematycznością Krzyśka. Wiedziałem, że ten uparty koleś z przeświadczeniem o pożarciu wszystkich rozumów nie odpuści mi przy żadnej, nadążającej się okazji.
- Marnujesz swoją przyszłość.
- Nie macie jakiegoś bachora do adopcji, nad którego przyszłością powinniście się łamać?
Sodziak wyraźnie skrzywił się  z niesmakiem.
- Otacza mnie banda niedojrzałych impertynentów.
- No chyba nie masz mnie na myśli? – Adam dopytał oburzony, pojawiając się w salonie w świeżej koszuli i z wilgotnymi włosami.
- Z ciebie przynajmniej mam jakiś pożytek – Krzysiek odpowiedział z leniwym uśmiechem, którego dla mnie niestety nie starczyło. – Darek jest, obawiam się, przypadkiem beznadziejnym.

Wywróciłem oczami i z wielką wdzięcznością powitałem przybycie Marcina i Darka Darłowskiego, który przywitał się ze mną z wyraźną rezerwą. Ostatecznie nigdy nie mieliśmy ze sobą zbyt wiele do czynienia, mimo iż pozostawał on jednym z najlepszych kumpli Adama. Z opowieści Taraszewskiego wynikało, że z biegiem czasu Harpia była coraz bardziej apodyktyczna i zaborcza względem swego długoletniego chłopaka, więc zdziwiłem się że zezwoliła mu na męski wypad do klubu w towarzystwie atrakcyjnych gejów. Adam miał jednak skłonność do koloryzowania, więc może Anka nie była taka zła jak ją malował i jej dobre imię cierpiało tylko dlatego, że była pewną siebie, niezależną kobietą.

Ostatecznie uznałem, że to nie moja sprawa i relacje w związku Darłowskiego z Harpią niewiele mnie obchodzą.

Odlałem się w eleganckiej toalecie moich gospodarzy i z zadowoleniem powlokłem do taksówki, którą Sodziak zamówił, gwarantując wszystkim bezstresowe pompowanie w krwiobieg procentów. W tak licznym gronie starych znajomych mogłem na powrót wejść w rolę biernego obserwatora, który niewiele mówi i zdawkowo odpowiada na zadawane mu pytania.

Zgodnie z moją wolą zamiast do modnego lokalu nocnego podjechaliśmy pod doskonale znany klub dla przeciętnej klienteli, do którego prześlizgiwała się masa nastolatków i w którym można było kupić zarówno trawę jak i twarde narkotyki. Ta mroczna i nielegalna strona przybytku niknęła jednak zupełnie przy odgłosach głośnej, popularnej muzy i pod oświetleniem kolorowych reflektorów. 

Zajęliśmy vipowski stolik na piętrze, z doskonałym widokiem na główny bar i największy z parkietów, o tej porze jeszcze słabo zapełniony roztańczonymi imprezowiczami. Krzysiek od razu podprowadził na bok jedną z onieśmielonych kelnerek i ze skórzanym portfelem w dłoni wypunktował jej w jaki sposób i z jakim standardem życzy sobie być obsługiwanym. Dlatego też nie musieliśmy długo czekać na wizytę menadżera klubu, który poinformował nas, iż najwyższą jakość usług zapewni nam specjalnie przyporządkowana do naszego stolika obsługa. Beczkę piwa, cztery butelki wina i przekąski przyniesiono krótko po jego odejściu.

- Z Krzyśkiem jak zwykle na bogato – Darłowski stwierdził poklepując Sodzińskiego w ramię i zacierając dłonie na widok nielimitowanego dostępu do chmielowego trunku.
- Starczy, że znoszę atmosferę tego miejsca. Nie będę dodatkowo koczował przy barze, wdychając pot tandetnej klienteli – Sodziak odpowiedział z niesmakiem studiując etykietę na butelce wina, którą po chwili odkorkował i uraczył się lampką.

Adam wywrócił oczami, sięgając po drugą butelkę i z premedytacją pociągnął z niej z gwinta. Oczy Krzyśka pociemniały, a jego usta zacisnęły się w cienką linię dezaprobaty, która w przypadku Śnieżki oznaczała zapewne preludium do gry wstępnej, kończącej się wybuchem namiętności w niesterylnym, klubowym kiblu.

Szybko otrząsnąłem się z wszelkich prób wizualizacji tego zdarzenia, które łechtały moją dotychczas grzecznie spoczywającą męskość. Sięgnąłem po piwo i skupiłem spojrzenie na piętrzących się przy barze facetach i dziewczynach, bez specjalnego zainteresowania obserwując ich staranne fryzury i kuse sukienki. Nie dostrzegłem nikogo, kto na dłużej zaabsorbował by moją uwagę i ostatecznie dałem wciągnąć się w pełną przekrzykiwań rozmowę z Taraszewskim.

- Jak tam twoja znajomość z Tomkiem? – zapytał w końcu, mimo iż doskonale wiedział, że od czasu wyprowadzki nasze relacje się posypały, a ja ograniczałem się do biernego obserwowania egzystencji Tomka w portalach społecznościowych. Obecnie facet kończył studia i na pół etatu pracował w kancelarii adwokackiej przyjaciela swojego ojca.
Ach ten wszędobylski nepotyzm.
- Skonana i pochowana – odpowiedziałem, pociągając długi, satysfakcjonujący łyk piwa.
- Kiedyś sądziłem, że doskonale do siebie pasujecie.
- Tomek był dobrym przyjacielem.
- To prawda. Świetny z niego facet, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że wciąż mamy ze sobą dobry kontakt. Nasze drogi za bardzo się rozeszły.
- Życie – stwierdziłem niedbale.
- A jak tam … no wiesz, twoje sprawy sercowe? Nie dopatrzyłem się na fejsie statusu związku.
Adam puścił do mnie oko i uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Nie mam czasu na dobrą książkę, więc na związek tym bardziej – odparłem w końcu, wiedząc że kolejnym zdaniem z pewnością sprowokuję go i zaskoczę. – Mam jednak fajną współpracownicę w warsztacie i czasem spuszczamy parę po godzinach.
- Jaja sobie robisz? Bzykasz się z laską?
- Z atrakcyjną laską, która potrafi rozkręcać samochodowe silniki.
- Przecież jesteś gejem – Taraszewski był wyraźnie zdruzgotany moim wyznaniem. – Masz jakiś okres wyparcia, czy jak?
- Podobają mi się faceci i niektóre dziewczyny. Nie widzę nic złego w rozładowaniu napięcia gdy w pracy robi się zbyt gorąco, a wierz mi … - spojrzałem na Adama przeciągle. - … tam bardzo często robi się gorąco.

Taraszewski przełknął ślinę, a ja kątem oka upewniłem się, że Krzysiek nie morduje mnie spojrzeniem z powodu niewinnej próby flirtu z jego ukochaną królewną. Na szczęście był zajęty maltretowaniem wzrokiem innej ofiary. Zakapturzonego chłopaka, który obserwował nasz stolik z tlącym się w ustach papierosem. Od razu rozpoznałem, że mamy tu do czynienia z kolesiem którego dostrzegłem na dworcu, który zbierał się na odwagę by podejść do bandy nadzianych vipów i zaproponować im kupno narkotyków. Ile ten gość mógł mieć lat? Siedemnaście, osiemnaście? Dlaczego tak bardzo mi kogoś przypominał?

Nim Sodziński zdążył sprzedać go ochronie, zerwałem się z miejsca i gestem dłoni zapewniłem go, że zajmę się intruzem. Podszedłem do chłopaka pewnym krokiem i nim zdążył zareagować chwyciłem go brutalnie za ramię i odciągnąłem na bok, strącając z jego głowy obszerny kaptur. 

Spojrzała na mnie para rozwartych, zszokowanych oczu, w których tlił się niewątpliwie cień przestrachu. Przewyższałem go o głowę wzrostem i byłem o wiele masywniejszy, więc chłopak od razu spuścił podbródek, akcentując iż uznaje moją niewątpliwą przewagę.

- Co ty odpierdalasz? – zapytałem gniewnie chcąc całkowicie rozwiać jego pewność siebie. Miałem do czynienia z takimi przypadkami snując się po różnych melinach w roli wolontariusza, ale była to syzyfowa robota, z której nie chwaliłem się znajomym. Nikt nie wiedział, że mam darmowe, okresowe testy na HIV, bo dostarczam jednorazowe igły ćpunom i prezerwatywy dziwkom obu płci.
Kto normalny chciałby słuchać opowieści o dantejskich scenach jakie nieraz jawiły mi się przed oczami po odkryciu kolejnej wylęgarni patologii?
- Nie … nie wiem o co ci chodzi – chłopak odpowiedział w końcu łamiącym się głosem. Przeciągle i powoli, z manierą charakterystyczną dla ludzi, którzy większość czasu spędzali na haju. - … ja tylko …
- Tylko co? Chciałeś nam sprzedać dragi?
- Ja … eee … nie …
- Pokaż dokumenty – zażądałem i o dziwo chłopak bez szemrania sięgnął do tylnej kieszeni stuletnich, brudnych dżinsów i wręczył w moją oczekującą dłoń wyświechtany portfel.

Z dobrze tuszowanym obrzydzeniem zajrzałem do środka odnajdując upapraną plakietkę, należącą rzekomo do Łukasza Londy, który na załączonym zdjęciu nie wyglądał nawet w połowie tak kiepsko jak na żywo. Nie miał na nim podkrążonych oczu, niedogolonego zarostu, popękanych warg i rozdrapanych pryszczy na kościach policzkowych. Jego włosy były schludnie wygolone, podczas gdy w tej chwili porastały jego głowę tłustymi, niesfornymi falami. Nie miałem pewności, że dowód jest prawdziwy, ale nie mogłem sprawdzić tego nie wywołując zamieszani wśród swoich znajomych, którzy i tak już z zaskoczonymi minami gapili się na moje poczynania.
- Spieprzaj stąd – zakomenderowałem, jednocześnie wpychając portfel w jego rozdygotane, lodowate dłonie.
Na swoim terytorium zapewne próbowałbym przekonać go do wizyty w ośrodku, tutaj jednak musiałem ograniczyć się do zaoszczędzenia mu policyjnej łapanki, którą skutkować mogło nagabywanie klientów pokroju Sodziaka.

Chłopak przytaknął i z wielką ulgą odwrócił się ode mnie, na patykowatych nogach szybko pokonując odległość dzielącą nas od schodów prowadzących na główny parkiet. Szybko zniknął mi w oczu. Jego zakapturzona, ciemna postać bez problemu wtopiła się w tłum.
- Co to było? – Adam zapytał gdy powróciłem do stolika.
- Zwykły gówniarz.
- Okay … ale dlaczego go napadłeś?
- Poinformowałem go jedynie, że nie jesteśmy zainteresowani kupnem narkotyków.
- Ja tam chętnie bym zajarał – Palach wtrącił ochoczo i jakoś żaden z nas nie miał serca go zganić po tym jak własna żona omal rąk mu nie odgryzła. Zresztą bakanie Marcina było zjawiskiem znanym od dawna, wszem i wobec.
- Będziesz musiał w takim razie znaleźć innego dilera. Pełnoletniego – stwierdziłem, sięgając po kufel piwa, który kilkoma łykami całkowicie opróżniłem.
- Czyżby mój mały książę dorósł do samodzielnego zaopiekowania się jakąś równie zbłąkaną owieczką? – Taraszewski zapytał i o mały włos nie zdzieliłem go w czerep. Miałem nadzieję, że nawiązania do tej przeklętej książki mamy już za sobą.
- Ty nie potrafiłbyś się zaopiekować kaktusem, więc nie przypisuj sobie nie swoich zasług – warknąłem, ale Adam jedynie uśmiechnął się szeroko. – Jeśli już komuś, to laury należą się twojej matce.
- No daj spokój. Nawet troszeczkę nie przysłużyłem się twojej imponującej ewolucji ze zmanierowanej poczwarki w statecznego, dorosłego faceta?
- NIE – zawtórował Adamowi chór czterech głosów: mojego, Marcina, Darka i Krzyśka, więc westchnąwszy z egzaltowaniem, przestał głosić herezje i zajął się swoim napitkiem. Potem wyciągnął nas na parkiet, na którym spędziliśmy co najmniej godzinę, pozbywając się z potem spożytych w kolosalnych ilościach procentów. 

Godzinę przed planowym odjazdem mojego pociągu ruszyłem do toalety z zamiarem odsikania części piwa i doprowadzenia się do stanu względnej prezencji, aby konduktor już na wstępie nie wlepił mi mandatu za jazdę pod wpływem alkoholu. Niemniej nim zdążyłem umyć ręce po skorzystaniu z pisuaru dobiegło moich uszu kaszlnięcie i niepokojące szuranie, po czym wsłuchując się wnikliwiej, wyłapałem dobiegające z ostatniej kabiny charczenie i sapanie.

Nauczony doświadczeniem ruszyłem do źródła niepokojących dźwięków ostrożnie, spinając mięśnie i zachowując ewentualną gotowość do walki. Przyspieszyłem dopiero słysząc gwałtowny spazm wymiocin i przeciągłe, bolesne jęknięcie. Dopadłem drzwi i rozwarłem je szeroko obserwując skulone w pozycji embrionalnej ciało, leżące na brudnych kaflach podłogi w kałuży własnej krwi, wymiocin i resztek narkotyków najprawdopodobniej rozsypanych w trakcie bijatyki.
- Kurwa mać – warknąłem uderzając pięścią w metalową ścianę kabiny.
Gdy chłopak – Łukasz – dostrzegł mnie, instynktownie skulił się i przysłonił nienaturalnie wygiętą ręką, która zapewne była złamana, a w najlepszym przypadku pęknięta. Pod wpływem tego gestu zakwilił z bólu i zaniósł się spazmatycznym kaszlem, rzężąc jak osoba z zaawansowaną chorobą płucną.
- Mówiłem ci żebyś się stąd stracił – stwierdziłem z wyrzutem, świadom że do chłopaka niewiele dotrze z moich bezradnych słów. – Muszę tu wezwać pogotowie.
Nie wiem czy Łukaszowi podobał się mój plan, bo byłem przekonany, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, aczkolwiek przy odrobinie szczęścia mogłam podciągnąć go pod listę podopiecznych ośrodka i próbować jakoś uporać się z formalnościami, bez natychmiastowego angażowania policji i wymiaru sprawiedliwości.

Pytanie tylko, czy chciałem pakować się w to nieplanowane szambo? 

Łukasz nie był już dla mnie bezimiennym ćpunem. 

Przyjrzałem mu się dokładnie … poznałem datę urodzenia i adres …

Po cholerę oglądałem ten jego nieszczęsny dowód?


„ … Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz … Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie …”
 
 Antoine de Saint-Exupery "Mały Książę"

KONIEC

-